|
„Śpij dobrze, dziecko”, to piąty już zbiór wierszy Tadeusza Stirmera. Poznański poeta tym razem zaeksperymentował i poprowadził książkę dwutorowo, co jest najbardziej rzucającą się w oczy cechą. Jednak nie od tego zacznę, bo ów specyficzny układ jest wynikiem czegoś zupełnie innego, ważniejszego niż zabawa w zmianę czcionki.
Całość dzieje się nocą. Można czytać tomik jako zapis historii jednej nocy, ale chyba lepiej jako zapis jakiegoś okresu w życiu, który przeniósł się w noc. Jest to jednocześnie bardzo „męskie” i dość rzadko uprawiane pisanie. Może z powodu jakichś obaw, skojarzeń z mitem Marka Hłaski, który wydaje się tak samo nieosiągalny, co przestarzały. Stirmer poradził sobie o tyle dobrze, że jego „męskie” wiersze niewiele mają z wyobraźnią Hłaski wspólnego. A jednak nie ma najmniejszych wątpliwości, że wypowiedział się tu facet z krwi i kości. Dla przykładu jeden z najlepszych wierszy, „Portret”:
pies był dość stary żył tylko z poczucia obowiązku
ona go nakarmiła pił z ręki mleczne światło skóry
czasem przysypia zdarza się że warczy wgłąb siebie
Nie, to nie tylko psia dola przygarniętego mężczyzny. To przede wszystkim znakomity wiersz współpracujący z (prawdopodobnie) wyimaginowanym obrazem, chociaż jeśli taki nie istnieje, to ktoś natychmiast powinien go namalować. Scena jest poza tym więcej niż życiowa. Jest archetypiczna i to, co podoba mi się najbardziej, to precyzja jej ujęcia, prowadzenie poetyckiej kreski w minimalistyczny sposób opisującej sedno.
Całość jest niezwykle nastrojowa i bardzo kameralna. Świat tych nastrojów jest autonomiczny, niepowiązany z konkretami - nie jest wskazane miejsce, czas, osoba i osobowość autora, każdy może zaadoptować sobie te wiersze, pozwalają na to z wdziękiem. Jeśli jednak zaufamy Stirmerowi, z czasem okazuje się, że to my jesteśmy gdzieś zabierani, adoptowani i że to miejsce lub stan z pewnością istnieje naprawdę. Stanie się ta pora dnia (częściej nocy), te rekwizyty i zwłaszcza ta samotność. Może to samotność niezupełna, może tego kogoś nie ma obok, a może jest i śpi. A może po prostu nie pisze i nie dzwoni.
Poza ogólnym wrażeniem z tomiku (jak najbardziej pozytywnym) wiele pojedynczych wierszy wygląda jednak na nieco zaniedbane. Nawet prostota przyjętej poetyki nie wyjaśnia w nich braku śladu wyrafinowania i choćby drobnej gry z czytelnikiem. Zbyt wiele za to jest mówienia wprost lub o oczywistościach, które nie są filarami książki, nie mają pretekstu aby w niej istnieć (utwory takie jak „Krótka historia II”).
Każdy wiersz ma swoje dwie postacie. Na stronach parzystych zwykłą czcionką, na nieparzystych - pochyłą. Te po lewej to wyobrażenia, imaginacje. Te po prawej są czymś w rodzaju pamiętnika lub listów. Impresje ze stron parzystych są przeciwstawione konkretom z nieparzystych - niemal słychać tykający zegar, szemranie ołówka po papierze lub stukot w klawiaturę. Jednak granica jest płynna i czasem niknie. Pojawiają się także na samym początku i końcu dwa wiersze - klamry, autorstwa Edyty Kulczak. Ładnie komponują konstrukcję, ale odstają od wierszy Stirmera. Wypadają przy nich blado, co niweczy zamysł.
Podsumowując: „męskie” pisanie nie zawsze musi być antytezą „kobiecego”, zwłaszcza, jeśli jest to epitet używany wartościująco, a nie opisująco. Jest chyba jakaś asymetria, faceci nie bardzo chcą być facetami w swoim pisaniu. Niemodne. A jednak jest w tym coś, co przyciąga. Dojrzałe, pełne dystansu spojrzenie na gonitwę emocji, nocne koszmary na jawie. Bez natrętnego rozpisywania się o podbojach knajp i kobiet, bez nachalnej depresji i przerysowanego czarnowidztwa. Raczej bezradna kpina, ironia losu, robienie swojego mimo wszystko i mimo wszystko walka, choć nie wiadomo już specjalnie o co:
wreszcie uległem: cholesterol morfologia o.k. cukier gorzki jak czekolada lakulus
zapowiada się długie nudne pełzanie do mety
(Opad)
to się dzieje wbrew bez dotyku słowa z głodu wyobraźni: portret kobiety z otwartą źrenicą
(Krótka historia)
jesteś już dobrze posklejany pogodny jak wypchany szczygieł
(Re)
zbierasz siły na oczekiwaną klęskę
(Sedno)
Niczym król Edyp przyssany do mitu piłbym do syta i rósł
(Moja George Sand)
W rzeczy samej - dla wrażliwych twardzieli. W sam raz na zimę. Na teraz.
Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2011
|