W najnowszym numerze...

×

Wiadomość

Failed loading XML...

Początek lipca. Pogoda po raz pierwszy od kilku dni przypomniała sobie, że przecież jest już lato. Postanawiam skorzystać z okazji i pójść na przekładaną od dawna wycieczkę do Muzeum Azji i Pacyfiku. Zaraz po wyjściu na ulicę uderza mnie w twarz fala ciepła. „Dobry znak” – myślę. Pogoda definitywnie sprzyja moim planom. Przed budynkiem przy ulicy Solec 24 moją uwagę skutecznie przyciąga kilka rzeźb w hinduskim stylu. Uśmiecham się – nie byłoby wątpliwości, że trafiłam pod właściwy adres, nawet gdybym jakimś cudem przeoczyła rzucające się w oczy wejście utrzymane w orientalnej stylistyce.

„Cicho, pusto, dużo światła” – to pierwsze, co myślę po wejściu do środka. Czerwono-białe ściany, dużo pustej przestrzeni i wpadające przez otwór w suficie światło całkowicie nie są tym, czego oczekiwałam. Skonsternowana błądzę wzrokiem po widocznej dla mnie na pierwszy rzut oka przestrzeni. Wyciągam rękę po ulotkę informacyjną, chociaż wiem, że i tak będę zwiedzać po swojemu, jak leci. Recepcjonistka zatrzymuje na mnie znudzone spojrzenie – jestem w tym momencie jedyną zwiedzającą osobą, a przez cały czas, który tam spędzę, przez muzeum przewinie się, może, kolejnych pięć. W gorące, piątkowe przedpołudnia ludziom nie chce się zwiedzać. „Tym lepiej dla mnie” – wzruszam ramionami i idę przed siebie, po drodze kładąc grosz na szczęście przy posążku tańczącego Shivy – może to lokalny turystyczny zabobon, ale z drugiej strony trochę szczęścia nikomu nie zaszkodzi.

Wędrówkę zaczynam od otwartej kilka dni temu (jak głosi ulotka, na którą jednak postanowiłam rzucić okiem) wystawy pt. „Ujarzmić demony i duchy. Świat rytuałów Melanezji.” Zatrzymuję się przed zdjęciami przedstawiającymi ceremonię Tańca Ognia z Nowej Brytanii. Uchwycone w kadrze snopy iskier i tańczące ciemne sylwetki robią wrażenie – niemal jestem w stanie poczuć zapach dymu i usłyszeć rytmiczne bębnienie. Mijam kilka gablotek z narzędziami, bronią i ozdobami. Chociaż są interesujące, zdecydowanie bardziej zajmującym elementem tej konkretnie wystawy są dla mnie zdjęcia. Powoli idę dalej, spokojnie czytając opisy na nielicznych tabliczkach informacyjnych – brak tłumów oznacza, że nikt mnie nie popędza ani nie próbuje rozdeptać, co niezmiernie mnie cieszy. Zatrzymuję się na dłużej przy opisie, z którego wynika, że plemiona Huli (grupa plemion z Papui Nowej Gwinei, o czym dowiaduję się w międzyczasie) nie przechowuje masek i innych wytworów przygotowywanych na święta religijne – wyrzuca je zaraz po tym, jak przestaną być potrzebne. „Rozsądne” – myślę. – „Nie muszą aż tak bardzo przywiązywać się do rzeczy i mogą w każde nadchodzące święto włożyć coś od siebie.” Uśmiecham się lekko. Mam wrażenie, że wymalowane kolorową farbą twarze też patrzą na mnie z sympatią. Autentycznie żałuję, kiedy okazuje się, że obejrzałam już całą wystawę.

Ekspozycja przedstawiająca japońskie ozdobne opakowania zatrzymuje mnie na dłużej, chociaż na początku tytuł nie wydał mi się szczególnie interesujący. Początkowo dość pobieżnie oglądam barwne opakowania na sake (wbrew temu, co głosi popkultura, współcześnie przechowuje się je nie tylko w tradycyjnych, niewielkich butelkach, ale nawet w zwyczajnych, ćwierćlitrowych puszkach), kulki ryżowe (barwne, ciepłe kolory mają nawiązywać nie tylko do tradycyjnej sztuki japońskiej, ale też do ciepła domowego – głosi opis) i puszki po piwie z wizerunkiem Góry Fuji. Przelotnie zastanawiam się, dlaczego Japończycy przechowują alkohole w opakowaniach po 250 ml. Nurtuje mnie to, dopóki nie przypominam sobie zasłyszanej na lekcji biologii w liceum ciekawostki – po prostu szybciej się upijają, bo ich organizmy słabiej tolerują alkohol. Usatysfakcjonowana takim rozumowaniem maszeruję dalej. Mijam dziewiętnastowieczny zestaw toaletowy dla kobiet i efektownie zapakowane lusterko, które domyślnie miało być prezentem dla średniozamożnej Japonki z okresu Edo. Gdzieś w tle analizuję wszystko, co zobaczyłam i po raz kolejny uderza mnie, jak bardzo w ostatnich latach Japończycy zaczęli się wzorować na kulturze Zachodu – mijając kolejne eksponaty przeszłam od całkowicie utrzymanych w oryginalnej stylistyce wytworów z dziewiętnastego wieku, przez komercyjnie łączone style z lat 50. - 80. aż po coraz śmielej wzorujących się na kulturze Europy i Stanów Zjednoczonych produktach z ostatnich dwóch dekad. Mimo tego, że sama wystawa wciągnęła mnie na dłuższą chwilę, czuję lekki smutek.

Pod koniec zwiedzania kieruję się do części z wystawą stałą – Strefy Dźwięku. Jest ciemno, ale nie na tyle, by moje oczy musiały się przyzwyczajać, więc natychmiast zwracam uwagę na rozwieszone na ścianach instrumenty. Jeżeli wierzyć opisowi, jest ich ponad 120 i na pierwszy rzut oka jestem w stanie z łatwością w to uwierzyć. Dopiero po chwili zauważam, że ekspozycja nie jest przypadkowa – są one podzielone, nie ze względu na miejsce pochodzenia, ale według typów. Mam pewne trudności z przyporządkowaniem lapidarnych opisów na tabliczkach do odpowiednich instrumentów, ale po chwili skupienia okazuje się to wykonalne. Spokojna, rytmiczna muzyka w tle i poruszające się wzory na podłodze uspokajają. Dopiero po chwili zauważam, że niektóre z eksponatów udostępnione są dla zwiedzających, aby oni sami mogli spróbować na nich zagrać. Niepewnie podchodzę do angklunga – sporego, bambusowego instrumentu z Indonezji – czytam instrukcję i, po chwili wahania, poruszam ramkami, próbując zagrać. Moje uszy wypełnia niezbyt przyjemna, chociaż na szczęście stosunkowo cicha kakofonia dźwięków – definitywnie nie mam wrodzonego talentu. Niezrażona kontynuuję swoją przygodę i po kilku(nastu) próbach udaje mi się wytworzyć coś, co można nazwać melodią. Usatysfakcjonowana, pobieżnie oglądam prezentacje multimedialne przedstawiające grę na niektórych z prezentowanych na wystawie instrumentach i idę dalej.

Mam już zamiar wychodzić, kiedy moją uwagę przyciąga ostatnia nieobejrzana ekspozycja – a raczej fragment obejrzanej już wcześniej wystawy o rytuałach Melanezji, który wcześniej z jakichś względów umknął mojej uwadze. Jest to skromna galeria przedstawiająca tradycyjne stroje Błotnych Ludzi z doliny Asaro. W przeciwieństwie do poprzednich oglądanych tutaj przeze mnie zdjęć, te są w o wiele mniejszym formacie i, na oko, zdecydowanie bardziej stonowanej kolorystyce. Dominuje zieleń i szarość. Fotografie są wyraźnie pozowane – zatrzymuję twarz na mężczyźnie, który z kadru mierzy do mnie z łuku i stwierdzam, że prezentacja, choć skromniejsza od pozostałych, robi wrażenie. Maski z pokrytych błotem drewnianych konstrukcji w połączeniu z szarymi od błota ciałami tubylców wzbudzają niepokój, mają w sobie coś demonicznego. Nic dziwnego – ich oryginalnym celem było właśnie wzbudzanie strachu we wrogach. Z trudem odwracam wzrok. Kiedy zamykają się za mną drzwi, mam wrażenie, że jeden z Błotnych Ludzi nadal patrzy na mnie posępnym wzrokiem.

Witam westchnieniem znajomy uliczny gwar. Jest nieco chłodniej, na tyle, by dało się spokojnie oddychać. Samochody na płatnym parkingu oczekują na właścicieli. Po raz pierwszy od wejścia do muzeum zerkam na zegarek. Gdzieś mi zniknęły dwie godziny, ale niespecjalnie się tym przejmuję. Gdzieś z tyłu głowy nadal słyszę bębny i bambusowe piszczałki. Umilkną dopiero za kilka godzin. Ostatecznie z każdej, nawet najbardziej egzotycznej, podróży trzeba wrócić.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.