W najnowszym numerze...

×

Wiadomość

Failed loading XML...

Świat teatru

Jowita Opyd

Justyna Stanisławska opowiada o teatrze i wydarzeniach teatralnych

 

Jest takie miejsce na teatralnej mapie Polski, do którego wracam najczęściej – to Teatr Witkacego w Zakopanem. Miejsce osobne, odrębne, niepowtarzalne. Jednak dziś nie o samym fenomenie tego Teatru, tylko o najnowszej premierze. Spektakl Spiski - Hej! stworzony przez Andrzeja Dziuka na bazie prozy  Wojciecha Kuczoka Spiski. Przygody Tatrzańskie, to trzecia część w cyklu Tatrzańskie. Po XIX-wiecznym Na przełęczy (wg Stanisława Witkiewicza) oraz osadzonych w Dwudziestoleciu Człapówkach (wg Andrzeja Struga), tym razem Dziuk zabiera nas w lata 80. XX wieku.

Kiedy oburzona zachowaniem swojego brata Susanoo bogini Amaterasu zamknęła się w jaskini, cały świat pogrążył się w ciemności, a złe duchy opanowały ziemię. Bogowie zebrali się na naradę i postanowili wywabić ukrywającą się Amaterasu. Przygotowali scenę, na której stanęło drzewo o pięciuset gałęziach przystrojone klejnotami, ośmiograniastym lustrem, skrawkami papieru i płótna. Bóg Omoikane zgromadził koguty i rozkazał im piać. Wtedy radosna bogini Amenouzume przystroiła głowę gałązkami trzmieliny i wziąwszy do ręki liście bambusa wskoczyła na przewróconą do góry dnem beczkę.[1] Tupiąc rozpoczęła swój niebiański taniec. Tupała jak pogrążona w transie. Jakby nawiedzona przez duchy nagle „obnażyła piersi, a opaskę spódnicy przesunęła poniżej brzucha. Na ten widok osiemset dziesiątków tysięcy duchów jednocześnie wybuchnęło śmiechem, aż się zatrzęsło Przestworze Wysokich Niebios.”[2] Takie są narodziny pierwszego tańca i zarazem pierwszego widowiska według zapisów odnotowanych w starożytnych japońskich księgach Kojiki (712) i Nihongi (720), zawierających mity i legendy tego dalekiego kraju, a także oparte na przekazach ustnych i zapiskach (również chińskich i koreańskich) dzieje pierwszych władców i ich rodów. Opowieść o żywiołowym i radosnym boskim tańcu, niegdyś stanowiąca dowód na to, że bóstwa powinny być zabawiane  podczas świąt za pomocą muzyki i tańca, jest też źródłem żywego do dziś przekonania, że sam taniec i muzyka pochodzą od bogów. Słowo kagura, którym określa się rytualne tańce, wykonywane w czasie ceremonii religijnych, a także widowiska wywodzące się z tradycji shintoistycznej, wędrujące z wioski do wioski w okresie świąt, oznacza rozrywkę bogów lub też rozrywkę dla bogów.[3]

Chcę, aby teatr mną poruszył. Chcę przeżyć czyjąś historię, a potem wracać do niej analizując kolejne jej etapy, przypominając sobie fragmenty, które wywarły na mnie największe wrażenie. Na koniec chcę poczuć coś w rodzaju lekkiego mrowienia na karku – wtedy kiedy ze sceny pada ostatnia kwestia. Mam też wiele innych wymagań, które można by określić mianem „dobra teatralna kuchnia”, bo po latach pracy za kulisami zwracam uwagę na to jak „przygotowano” spektakl. Taki ze mnie dziwny przypadek.

Ciemność. W ciemności zmąconej odbitym od śniegu nikłym światłem księżyca majaczy ludzka twarz. A może to tylko złudzenie, może to tylko fragment jakiejś mapy topograficznej, jakiś kontur tła, rysy na pokrytej lodem i śniegiem skale? Nie, to twarz. I cisza. Cisza, która pulsuje, trzeszczy, stęka, jest ciężka. Ciężka jak ludzki oddech. Jest i Lhotse (Grażyna Bułka) – wielka, majestatyczna, niewzruszona góra. Ta, która trwa, poza czasem dzierży kołowrót życia i śmierci. Jest coraz ciężej, obraz drga, pojawiają się mroczki przed oczami, a oddech staje się coraz płytszy. W oddali widać antropomorficzne występy skalne - uwięzieni w czasie śmiałkowie, ci którzy nie wrócili. Albo to znowu złudzenie, gra świateł i cieni. Puls narasta. Oni tam są, uwikłani w swoje historie i moralne wybory bohaterowie dramatu: himalaiści, ich rodziny, przyjaciele, media, wielbiciele i krytycy. Ich głosy mieszają się. Wspomnienia, podobnie jak ich losy, przeplatają się na moich oczach. Czas i miejsce nie grają roli – współistnieją jednocześnie na deskach teatru. Mam wrażenie, że jestem gdzieś poza realnym światem, pomiędzy wymiarami, w jakiejś wieczności, gdzie wszystkie myśli, uczucia, chwile trwają bez początku i końca, jak świadomość wspinającego się Jerzego Kukuczki, wtedy gdy był tylko on i góra. W swoich wspomnieniach himalaista napisał: Pionowy świat nie kończy się nigdy. Trwa. Czeka. Ja przecież tu jeszcze wrócę...[1]. Kiedy oglądam spektakl katowickiego Teatru Śląskiego Himalaje, doświadczam tego dziwnego stanu ponadczasowego trwania, choć wiem jak skończyła się ostatnia wyprawa na Lhotse.

Zastanawiałam się o czym ma być ten mój powitalny tekst. Wszak jest to tekst powitalny. Powinnam dokonać w nim autoprezentacji i oprócz siebie przedstawić też tematykę całej rubryki. Nie lubię lać wody, więc napiszę krótko: będzie o teatrze. Tylko, jak dzisiaj pisać o teatrze? Jak dobierać tematy? Którym twórcom, artystom poświęcić czas i papier?