W najnowszym numerze...

×

Wiadomość

Failed loading XML...
Anna Nowaczyńska

W pierwszej w 2016 roku odsłonie „Prezentacji” ustawiam naprzeciw siebie godny poetycki damsko-męski duet.

Jako pierwszą proponuję PP Czytelnikom Annę Nowaczyńską, poetkę już po debiucie, którą „złapałem” w prezentacyjne sieci tuż przed publikacją kolejnego tomiku.

Poezja Anny jest soczysta, pełna nawiązań i koligacji kulturowych, bardzo sprawnie łącząca obserwacje psychologiczne z obrazkami rodem ze sztuk plastycznych. To bardzo miękka, a zarazem celna poezja.

Polecam serdecznie
Paweł Podlipniak

 


 

Anna Nowaczyńska (1974) - poetka. W latach 1995-1997 związana się z Grupą Inicjatyw Literackich przy ZLP w Lublinie oraz z Fundacją im. Marii Bachczyc-Rudnickiej, od 1995 do 2001r. z Grupą Poetycką WYBÓR przy Warszawskim Oddziale ZLP.

Jej utwory prezentowane były na antenie Radia Lublin, na wieczorach autorskich, w antologiach poetyckich (m.in. wydanych przez lubelski Oddział ZLP oraz przez Ogólnopolski Klub Poetów), a także w prasie literackiej, m.in.: „Akcencie” i „Studium”. Publikowała również m.in. w „Dwutygodniku”, „Akancie”, „Fragmencie”. Jest laureatką wyróżnienia w konkursie na debiutancki tom poezji im. J. Czechowicza, nagrody Warszawskiej Jesieni Poezji, a także zdobywczynią grand prix Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Jednego Wiersza Chojnice 2005. Otrzymała także nominację w XL ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie.

W październiku 2012 r. wydała debiutancki tom poezji pt. „Bezcennik” w warszawskim wydawnictwie ANAGRAM. Obecnie przygotowuje do druku kolejny tom poetycki.

 


 

Alina Szapocznikow pisze z Malakoff.

Twórczość mieści się miedzy marzeniem a codziennością

Nie zabieraj mi pogiętego futerału,

ust rozciągniętych w organicznej materii.
Absurdalnego skoku w rzeczywistość
ciała kruchego.

Ani portretu wielokrotnego łukiem
przypiętego do popiersia
już z iluminacją
jadowitego raka.

Chcę jeszcze na nie popatrzeć.
Bez lęku.

Na wystawie Młodej Rzeźby
pokazałam bieliznę pełną poliestrowej waty.
Paradoks intymny.
Ça coule en rouge.
Kobiecość wypływała
krwistą rzeką.

Teraz strzępy opatrunków
to specjały
poddane zabiegom tworzywa.
Moje instalacje to ostry pamiętnik
rozpadającej się skóry.

Już ciemno.
Zapalam moją siódmą
bimorficzną lampę.
Poleruję różowy portugalski marmur
szczoteczką. Rolls-royce lśni.

Jestem dr Frankensteinem
w ciasnej spódnicy.

 

Czekając na Tyrmanda

„Szczęście jest zawsze gdzie indziej”

Powietrze jest jedwabne.
Listy z M.E. w nagłówku osiadają
miękkim włóknem papieru na stoliku.
Wirują samochody w klasycznym tańcu
klaksony gwiżdżą.

Błękitny Anioł
bez pośpiechu prześlizguje się po ścianie
(Dietrich ma takie długie paznokcie)
a mosiężny świecznik
połyskuje zastygłą kroplą wosku.

Czekając na nowojorską jesień
czytam recenzję
w sierpniowym Commentary.
Jest pochlebna
zdecydowanie.

Wpada wiatr przez otwarte okna.
Gefilte fish czeka pokrojone.

 

Madonna na hamaku

Złota schodzi z zakurzoną księgą
na hamak rozpięty między carskimi wrotami.
(Ażurowy materiał jest taki przejrzysty).
Archanioł przed świtem
układa rozsypany ikonostas.

Księżyc spaceruje po wąskim gardle lichtarza.
Błyszczący koralik utknął w podłodze
puszcza oko do śpiącego diaka.
Pachnie świeżo wykrochmalony obrus.

Za babiniec ucieka słodki zapach dymu
po poweczerie.
Niebo w ultramarynie ślizga się
po blaszanym dachu.
Madonna nad ranem
wraca w czerwień i błękit.
W pozłacany werniks.
W proste plecy ramy.
W porządek.

 

Paryż 1925. Drugi pobyt.

pamięci Zofii Stryjeńskiej

ptaki za oknem
czarne loki na poduszce
nie potrafią zmiękczyć słów
z których sączy się ocet
winny

winna jestem
panneaux pysznego
Grand Prix
w czterech odsłonach
nieuporządkowanej duszy

gdzieś zostawiłam siebie
może na plakacie
zakleiłam plastrem usta
aby krzyk nie rozdarł
kosztownej tkaniny

mam na imię Zofia
mam rany nie tylko na ciele

 

Zielone zwiastowanie

Darkowi Dziurzyńskiemu

Wypchałam kieszeń zielonym groszkiem. Wyczuwam
palcami twardy jak kamień miąższ. Za chwilę
rozpruję zębami włókno. Trzeszczy zamszowa łódka.

Rozgnieciony przypomina rozmaryn. Roztarty
w żeliwnym kubku ciemnieje. Tak bardzo,
że wtapia się w sukienkę. Zapominam, że to całkiem możliwe.

Ma niedowierzająco słodki smak. Jestem
tak nieuważna, że wpada w kieszeń serca. Uwypukla
naczynie. Powstaje w łuku aorty zielony guzek.

Przedziera się przez gałęzie żył i nerwów. Potem
przez oko wypada na szklany stół. W otwartą
książkę. W Genre. Zwiastujący gołąb znosi go na plecach.

Na ramię niedorzecznie wytartej z gotyku Katedry.

 

Monotematycznie

Zdarłam ciebie ze skóry
jednym draśnięciem
prysznica.

Podnośniki liny pasy
jeszcze trzymają
miękkie dekoracje chwili.

Pod sufitem zaróżowiony
lampion zachwytu.

Trzeszczy Brahms zarysowany
szafirową igłą
(monotematycznie zgrzane altówki).

Złoty tramwaj przejeżdża
z głośnym gwizdem przez pokój.

Klucz w zamku jak
impuls elektryczny
przerywa czucie.

 

WIERSZE Z TOMU „BEZCENNIK”(2012)

 

Nad Czechówką

Popalony chmur atrament. Czerwony drewniak (bo z biedronką).
Chodnik z niebieskich wstążek. Nadgniłe nitki roślin.
Kawowe łydki dzieci. Ukośne usta gazet. A na rogach planety.
Daleko kościół. Dzwony na majówkę i drżący w pazłotku księżyc.
Garb - na nim tasiemki ulic. I chudy rotmistrz z oślimi uszami.

 

Z notatnika Wery: wesele

Marzyło mi się Portofino w knajpie z wełnianym
księżycem pod pachą a tu Ciechanów i spiżarnia.
W niej rozmówki z gałązek wersów. Lusterka
połączone pajęczą nitką. Jakieś tłustawe papryki
w słojach. Koślawe nóżki stołków. Kompoty
z popuchniętych śliwek.
W Portofino byłoby jak w Vegas.
Gwiazda z obwisłym biustem. Tańce i magia.
A tu śliski nietoperz nad porcelanowym sutkiem
pokrywki łypie guzikiem oka. Znajoma Piernikatora
na ścianie w uroczystym żabocie nad tamburynem.
Muza w wypłowiałej sukience czyści żyrandol. Grajkowie
przed szybkami sterczą. Dzisiaj wesele w Ciechanowie.
Nie w Portofino.

 

Z notesu Natalii Młodszej. Strony o Matyldzie.

Twoja córka ma taki sam pieprzyk pod lewą stopą.
Przy każdej kąpieli usiłuje go zmyć gumowym wielorybem.
Puszcza bańki i przekuwa widelcem.
Potem naciąga wiśniowe podkolanówki.
Trąca palcem pachnący wanilią globus.
Śmieje się do Kizette siedzącej w śliskiej od olejnych farb koszuli.
Karmi naleśnikami ślimaki.
W słoiku chowa starty obcas świerszcza.

Lubi przestrzeń powiązaną chmurami i paskami pszenicy.
Samoloty latawce i lśniące czernią parowozy.
I jeszcze statki skaczące po akwenie wyobraźni.
Układa satynowe motyle w zielniku.
Przykleja guziki konfiturą.
Czasami mówi o tobie kołysząc papierowym słoniem.
Wiem, że pisze listy.
Wiem, że codziennie się jej śnisz.

 

Testament Claudel

Ja Camille,
stara kochanka
zostawiłam odpoczywający cud Sakountala.
I walc który kusił złotem draperii.
Pośladki na których jego palec zostawił cień po odejściu.

Nie pamiętam czy łopatki były spodkiem nieba.

Turynia była moim kręgosłupem. Auguste profilem.
Jestem w Ville – Évrard. Sama próbuję zasnąć.
Clotho to już ja.

Zostawiam wszystko w onyksie i brązie.
W marmurze i gipsie.
W plotkarskich ustach gwiazd.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.